| Pikieliszki, letnia rezydencja I Marszałka Polski |
|
„Ptaszki mu śpiewały, drzewa szumiały…” Tą letnią rezydencją miały być Świątniki na Wileńszczyźnie, ale nim tam Józef Piłsudski zamieszkał, przeprowadzono obok domu szosę, a więc byłby skazany na hałas. Chciał poza Sulejówkiem mieć jakiś dom bliżej Wilna, by móc tam spędzać letnie urlopy, a ponadto mieć możliwość częstszych wyjazdów do „miłego miasta”. Jako kawaler Virtuti Militari miał prawo do otrzymania nadziału ziemi. Otrzymał ten nadział w 1922 roku, właśnie w Świątnikach, z których zrezygnował. Czy czuł się tu człowiekiem szczęśliwym? W tej sytuacji Świątniki oddano na sanatorium dla gruźliczych dzieci i poszukiwano dalej jakiejś resztówki na wsi, z dala od ruchu. W 1930 roku znaleziono właśnie miejsce, ponad 20 km na północ od Wilna. Były to Pikieliszki, dawny dwór Pisanków. Był za duży na jeden nadział kawalera Virtuti Militari, ale ponieważ żona Piłsudskiego również posiadała to odznaczenie i prawo do ziemi, zatem „po scaleniu” 2 Virtuti Militari, Pikieliszki znalazły się w rękach Józefa i Aleksandry Piłsudskich. Posiadłość liczyła 35 ha gruntu ornego, 25 ha łąk i 73 ha jeziora. Dom był mocno zniszczony, z przeciekającym dachem, ogród zapuszczony. Dom w szybkim tempie odremontowano, ogród oczyszczono. Wartość całości wynosiła 105 tysięcy złotych. Najbardziej cieszył oczy stary ogród. Rosły tu lipy, kasztany, klony, jawory, dęby i jarzębiny. No i było jezioro – tuż obok domu (a właściwie parterowego pałacyku w stylu klasycystycznym, zbudowanego na początku XIX w.). Piłsudski w latach 1930-1934 spędzał tu z rodziną (żoną i dwiema córkami) letnie urlopy, które trwały przeważnie sześć tygodni. Czytał, łowił ryby, wyjeżdżał do niedalekiego Wilna, odwiedzał tam rodzeństwo, a także legionistów, którzy otrzymali w pobliżu nadziały ziemi. Często też przyjmował tu członków rządu, dyplomatów. Tego rodzaju wizyty najbardziej go męczyły, niekiedy wręcz irytowały, wtedy ratunkiem były ulubione pasjanse: „Grób Napoleona”, „Prześcieradło”, „Piramidka” i in. Co czytał? Gdy wyjeżdżał z Warszawy, na lato do Pikieliszek, zabierał z sobą „Kronikę” Stryjkowskiego, coś z Trylogii Sienkiewicza (zwłaszcza „Potop”) „Beniowskiego” Słowackiego, „Popioły” Żeromskiego, historie wojen napoleońskich, wojnę francusko-pruską 1870 roku, rosyjsko-japońską 1904-1905 i europejską 1914-1918, listy Napoleona, dzieła Conrada (ostatnią książkę, którą czytał przed śmiercią był „Lord Jim” w przekładzie Anieli Zagórskiej), oraz utwory współczesnych mu pisarzy: Gojawiczyńskiej, Naglerowej, Zygmunta Nowakowskiego i in. Z prasy czytał zawsze „Kurier Poranny”, „Express Poranny”, ”Kurier Wieczorny” oraz różne tygodniki polskie, francuskie, angielskie i niemieckie. Czasami godzinami przesiadywał nad jeziorem na ławce w altanie, wyraźnie w tym bezruchu zgaszony, głęboko zamyślony. Czy czuł się tu człowiekiem szczęśliwym? Nie za bardzo… W 1930 nie Pikieliszki go cieszyły i nie jezioro, ale Druskieniki, Niemen, gdzie w ostatnich latach wakacyjnych przeżył najpiękniejsze chwile swego życia. W Pikieliszkach tkwił u boku żony, nie kochanej kobiety, tam - była ona… Ostatnia, najpiękniejsza miłość jego życia Doktor Eugenia Lewicka… Kim była? Urodziła się w 1896 roku. Pochodziła z Ukrainy. Był to typ kresowej, stepowej panny, o silnym charakterze, dużej odwadze cywilnej w wypowiadaniu swoich myśli i o naturalnym, młodzieńczym poczuciu humoru. Studiowała medycynę w Żeńskim Instytucie Medycznym w Kijowie, później na wydziale medycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Ambitna, zdolna pani doktor (panna) pojawiła się w Druskienikach latem 1924 roku. Była naonczas na ostatnim roku studiów. W uzdrowisku, u dyrektora Michała Malinowskiego, podjęła sezonową pracę lekarza zdrojowego. W tym samym 1924 roku przyjechał na kurację Józef Piłsudski z żoną Aleksandrą i dwiema córkami. Pewnej letniej nocy poczuł się bardzo źle. Wezwano do niego doktor Eugenię Lewicką. Tak to się zaczęło… „Marszałek polubił młodą lekarkę i w tym właśnie czasie zawiązał się między nimi stosunek, o którym później było głośno w całej Polsce. Nie sądzę jednak, aby to był banalny romans” – będzie potem wspominał bezpośredni świadek tego love story, w tamtych latach współwłaściciel zdrojowiska, Antoni Jaroszewicz. Marszałek miał naonczas 58 lat, Eugenia – 28. Że nie był to romans banalny, świadczą o tym lata późniejsze. Już w następnym, 1925 roku, Józef Piłsudski przyjeżdża ponownie do Druskienik. Od tej pory będzie przyjeżdżał coraz częściej. Sam, bez żony i dzieci. Przyjeżdżał tu także w latach następnych – 1926-1927. Mieszkał w skromnym drewnianym domu oddanym do jego dyspozycji. Chodził sam, bez obstawy (acz dyskretnie i pilnie przez nią strzeżony). Jak wyglądała doktor Lewicka? „Była blondynką o ładnych, błękitnych oczach. Niedużego wzrostu, miała zgrabną figurę. Odznaczała się przy tym wyjątkowym urokiem i wdziękiem. Miała bardzo przyjemny timbre głosu i szczególną, naturalną i subtelną delikatność w obcowaniu z ludźmi. Znaliśmy ją jako człowieka o wielkiej szlachetności, prawości, uczciwości”. (Antoni Jaroszewicz). Może właśnie za te piękne, błękitne oczy druskienicki ksiądz proboszcz Wołejko zakazał Pierwszemu Marszałkowi Polski wchodzić do kościoła... Nazywano ją tu „pięknością kresową”, „naszą słoneczną panienką”. Była w uzdrowisku postacią znaną i lubianą. W Druskienikach Eugenia Lewicka założyła i z dużym powodzeniem prowadziła zakład leczenia słońcem, powietrzem (kąpiele słoneczne). To dla niej, wybranki swego serca, Piłsudski kazał w 1927 roku powołać w Warszawie Urząd Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego, później – Państwową Radę Naukową Wychowania Fizycznego. Tej Radzie sam osobiście przewodniczył. Członkinią Rady była doktor Eugenia Lewicka. Po krótkotrwałym, nerwicującym letnim pobycie w Pikieliszkach, w grudniu 1930 roku Józef Piłsudski zabiera ją na Maderę, jedzie tam „dla podreperowania zdrowia”. Z Madery Eugenia Lewicka wraca wcześniej, sama. 27 czerwca 1931 roku Eugenia Lewicka popełnia samobójstwo (wersja oficjalna) w miejscu pracy, w Instytucie na Bielanach. Zagadka tej tajemniczej śmierci (czy rzeczywiście było to samobójstwo?) chyba już nigdy nie będzie rozwiązana. 2 lipca 1931 roku w kaplicy na warszawskich Powązkach pojawił się Marszałek… „Stałem o pół kroku od Piłsudskiego, który przybył w pełnym galowym mundurze. Kiedy z kaplicy wynoszono trumnę ze zwłokami doktor Lewickiej, Marszałek przeżegnał się i zapłakał. Łzy jak groch leciały mu z oczu. Bezpośrednio potem wsiadł do samochodu i odjechał do Belwederu”.(Antoni Jaroszewicz). Niedługo po pogrzebie, w Druskienikach dawną ulicę Słoneczną nazwano imieniem doktor Eugenii Lewickiej. Biografowie Piłsudskiego „ten niezręczny temat” pomijają dyskretnym milczeniem. Eugenię Lewicką ciepło, serdecznie upamiętnił w swojej książce cytowany wyżej Antoni Jaroszewicz („Libretto finansisty”). „Za ciasno” mu tu było… Dramatyczna śmierć ukochanej kobiety oraz postępująca choroba załamały Marszałka. Lata 1931 w Pikieliszkach – tak jakby i… nie było. 29 sierpnia 1931 przeżył jeszcze jedną śmierć, tym razem w kontekście politycznym; w tym dniu w Truskawcu zamordowano Tadeusza Hołówkę, posła na Sejm i wiceprezesa BBWR. Zabójstwa dokonali Ukraińcy z powodu… właśnie proukraińskiej polityki Hołówki. Tego lata Marszałek pierwszy raz nie pojechał na zjazd legionowy w Tarnowie. W Pikieliszkach wyglądał źle, miał wypieki na twarzy, był osłabiony, wszystko go tu irytowało. Zdecydował się na wyjazd do Konstancy nad Morze Czarne. Pojechał tam w październiku, pogoda była fatalna, przeziębił się, zachorował. Bardzo osłabiony wrócił do Warszawy. Często się denerwował, ostro, nie przebierając w słowach, strofował swych podwładnych. „Za ciasno” mu było – w Warszawie, w Pikieliszkach. Za ciasno w uścisku życia – nie życia… 1 marca 1932 wybrał się w podróż do Egiptu. Przebywał tam sześć tygodni. Pobyt ten poprawił stan jego zdrowia. Czerwiec – lipiec 1932 miał niespokojne. 7 czerwca wezwał do siebie posła polskiego w Berlinie, Alfreda Wysockiego, by mu wyjaśnił sytuację w Niemczech, która go niepokoiła. 15 czerwca wysłał do portu gdańskiego kontrtorpedowiec „Wicher”, by senatowi gdańskiemu „dać nauczkę”. 25 lipca 1932 podpisany został pakt o nieagresji polsko-sowieckiej. Na sierpniowy zjazd legionistów w Gdyni Piłsudski nie pojechał. Do Pikieliszek, by spędzić tam część lata – jednak pojechał. Nie wytrzymał tam długo, wyjechał do Wilna. 20 sierpnia wyjechał do Warszawy na pogrzeb Michaliny Mościckiej, żony prezydenta Ignacego Mościckiego. W końcu czerwca 1933 przyjechał do Pikieliszek na pobyt letni, który tym razem trwał normalnie, siedem tygodni, aliści – jak zwykle - z przerwami. Na zjazd legionowy, który tym razem odbywał się w Warszawie, nie pojechał, jedynie wysłał krótki list z cytatą z „Beniowskiego”; zakończył go słowami: „I zawsze myślę, że tak żyć, jak żyłem – warto było - warto było ten ból i zmęczenie przezwyciężać – jak przezwyciężałem”. (A więc w myślach już żegnał się z życiem). Tego lata (1933) nie mógł spokojnie usiedzieć w Pikieliszkach, parę razy wyjeżdżał do Wilna. Nie chciał załatwiać żadnych spraw bieżących. Bardzo się rozgniewał, gdy Beck przyjechał do Pikieliszek w towarzystwie byłego posła w Berlinie, Alfreda Wysockiego, który obecnie udawał się jako ambasador do Rzymu, a którego Piłsudski właśnie chciał widzieć przed jego wyjazdem na placówkę. Beck, którego Piłsudski wysoko cenił i lubił, zniósł tę reprymendę cierpliwie. Wysocki, zdeprymowany zachowaniem się Marszałka, prawie się nie odzywał, jedynie odpowiadał na pytania. Wysocki opisał pokój, w którym odbyła się rozmowa. Umeblowanie jego było więcej niż skromne. Cztery wyplatane krzesła, stolik „nakryty dość lichym kilimkiem”, w kącie etażerka z kilkoma roślinami, a na ścianie przeciętna akwarela. Mimo długiego względnego odpoczynku w Pikieliszkach, Piłsudski czuł się źle. 4 września 1933 wyjechał do Zaleszczyk nad granicą rumuńską. Wynajęto tam dla niego willę położoną nad Dniestrem. W Zaleszczykach przebywał trzy tygodnie. W ciągu tego czasu wzywał tam wielu oficerów celem omówienia bieżących spraw. Tu także Piłsudski opracował szczegółowo scenariusz rewii kawalerii w Krakowie ku uczczeniu pamięci króla Jana Sobieskiego w 250 rocznicę bitwy pod Wiedniem. Z myślą o Janie Sobieskim (i o sobie) „Piłsudski był doskonałym reżyserem. Jeśli temat go interesował, potrafił obmyślić wszystkie elementy i szczegóły, by pokaz wypadł jak najbardziej okazale. Tak zawsze bywało przy ceremonii dekorowania Orderem Virtuti Militari, przy rewiach wojskowych, tak teraz przygotowywał od wielu miesięcy uroczystości ku czci Sobieskiego. Dlaczego właśnie wybrał bitwę pod Wiedniem (12 września 1683 r.), znakomicie wygraną przez wielkiego wodza, jakim był Sobieski? Trudno na to odpowiedzieć, można tylko przypuszczać, iż Piłsudski miał na myśli ostatnie wielkie zwycięstwo polskie poprzedzające bitwę warszawską 1920 r. To się nasuwa każdemu historykowi. Także szczegółowo opracowany ceremoniał oddania hołdu w krypcie św. Leonarda na Wawelu mógł służyć, w myśli Piłsudskiego, jako wzór oddania hołdu, bowiem dobrze rozumiał, iż może być zaliczony do wielkich wodzów polskich i że kres jego życia zbliża się bardzo szybko”. (Wacław Jędrzejewicz). Imponująca uroczystość odbyła się w Krakowie 7 października 1933, z udziałem Piłsudskiego. (W czasie jej trwania, Piłsudski, mówiąc o grobach na Wawelu, wspomniał, że może i dla niego znajdzie się tam miejsce…). Tydzień później, 14 października Niemcy opuściły konferencję rozbrojeniową w Genewie (co dało im możność samodzielnego zwiększania swych zbrojeń), parę dni potem, 19 października, wystąpiły z Ligi Narodów. To zaniepokoiło Piłsudskiego. W wyniku jego energicznych działań (w porozumieniu się z Hitlerem przez nowego polskiego posła w Berlinie, Józefa Lipskiego), 26 stycznia 1934 została podpisana deklaracja o nieagresji między Polską a Niemcami. Deklaracja ta obowiązywała na 10 lat – czyli do 1944 roku… Piłsudski nie był krótkowzrocznym politykiem, nie wierzył w trwałość tych paktów ani z Rosją Sowiecką, ani z Niemcami. „Mając te dwa pakty (o nieagresji) – mówił w gronie najbliższych oficerów – siedzimy na dwóch stołkach. To nie może trwać długo. Musimy wiedzieć, z którego najpierw spadniemy i kiedy”. Tak mówił w kwietniu 1934. A pół roku później: „Ja nikomu prawie nie wierzę, a cóż dopiero Niemcom. Muszę jednak grać, bo Zachód jest obecnie parszywieńki. Jeżeli niebawem nie przejrzy i nie stwardnieje, trzeba będzie przestawić się w pracach”. Ostatni w Pikieliszkach pobyt Ostatnie swe lato spędził w Pikieliszkach, praktycznie bez wypoczynku; często wyjeżdżał do Warszawy. 15 czerwca 1934 został w Warszawie zamordowany minister spraw wewnętrznych, pułkownik Bronisław Pieracki. Sprawcą zabójstwa był Ukrainiec, Grzegorz Maciejko, członek Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Rada Ministrów tuż po zabójstwie przyjęła wyjątkowe zarządzenie o obozie izolacyjnym w Berezie Kartuskiej celem osadzania tam podejrzanych osobników na ograniczony czas. Rozporządzenie wydał prezydent RP już 17 czerwca „Nie było to szczęśliwe zarządzenie – napisze Wacław Jędrzejewicz - które Piłsudski nazwał „czerezwyczajką” i uważał, że powinno ono być tymczasowe, najwyżej na rok. W rzeczywistości trwało do końca Polski niepodległej. Przez Berezę przeszło około 500 osób, w tym wielu spekulantów, ale także liczni politycy polscy i ukraińscy”. Zabójstwo Pierackiego zbulwersowało Piłsudskiego. Cenił go wysoko. Piłsudski osobiście zajął się sprawą jego wojskowego pogrzebu i przedstawił do awansu na generała brygady. 30 czerwca 1934 w Niemczech skazano na śmierć wybitnych działaczy z otoczenia Hitlera (tzw. niemiecka czystka w partii). Piłsudski niezwłocznie wysłał do Niemiec podpułkownika Globisza celem wyjaśnienia tej sprawy. W tej sytuacji letnie wakacje w Pikieliszkach nie przyniosły mu poprawy zdrowia. Żegnał się z nimi bez żalu. Był to jego ostatni w Pikieliszkach pobyt. 7 września 1934 wyjechał na odpoczynek do majątku Moszczenica pod Żywcem na południu Polski. Był to dwór Kępińskich. Goszczono go tu za gratis. Był tu piękny ogród, dużo kwiatów, drzew. Częściowo odzyskiwał siły. Na krótko. Dużo pracował. Stale przyjeżdżali oficerowie z Warszawy, z którymi konferował, a nawet przeprowadził kilkudniową grę wojenną, w której wzięło udział czternastu pułkowników. Ostatnia wola Marszałka Po czterech tygodniach Piłsudski wrócił do Warszawy. Mimo odpoczynku, czuł się niedobrze, pracował z trudem. 11 listopada 1934 odbyła się defilada wojsk na Polu Mokotowskim. Piłsudski, resztkami siły woli wziął w niej udział. „W pewnej chwili poczuł, że dalej nie może stać na trybunie, skąd salutował przechodzące oddziały. Trzeba było podać mu krzesło - niebywały wypadek na rewii wojskowej” - odnotuje kronikarz. A mimo to, w parę dni potem wyjechał do Wilna, gdzie prowadził grę wojenną. Spotkał go tu nowy cios: wiadomość o chorobie ukochanej siostry Zuli – Zofii Kadenacowej. 3 lutego 1935 w Warszawie i Wilnie wziął udział w pogrzebie siostry Zofii Kadenacowej; ledwie trzymał się na nogach. Mimo wielkiego wyczerpania, w końcu lutego 1935 pojechał do Wilna, by kierować grą wojenną. 19 marca, jak co roku, tradycyjnie pojechał do Wilna, by tam spędzić swoje imieniny. Był to jego ostatni w Wilnie pobyt. Wiosna stała w pełni. Zbliżała się rocznica zdobycia Wilna. Piłsudski się uparł, że do Wilna pojedzie, by przyjąć tam defiladę. O tym dramatycznym epizodzie w ostatnich tygodniach życia Marszałka, Wacław Jędrzejewicz napisze: „A był tak słaby, że nie mógł stawiać pasjansów, bo karty wypadały mu z rąk. Adiutant jego, kapitan Mieczysław Lepecki, który stale był przy Marszałku […] mówił o trudnościach związanych z wyjazdem. „Właśnie dlatego, że się czuję źle, chcę pojechać do Wilna. Chcę ostatni raz w życiu przyjąć wileńską defiladę”. Niestety, nie było już tego „ostatniego razu”… Józef Piłsudski zmarł 12 maja 1935 w Warszawie, w Belwederze… Przed śmiercią Marszałek skreślił swą ostatnią wolę. Na kartce papieru Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych Piłsudski wspomniał, że nie wie, czy nie zechcą go pochować na Wawelu. W tej sprawie napisał jedno tylko słowo: „Niech!” Reszta notatki poświęcona jest „schowaniu” jego serca w Wilnie wśród żołnierzy, „co w kwietniu 1919 r. mnie jako wodzowi Wilno jako prezent pod nogi rzucili” oraz podaje motto, które ma być wyryte na kamieniu, a które wybrał dla swego życia z „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego. Lecz przede wszystkim Piłsudski „zaklina wszystkich, którzy go kochali”, by sprowadzili zwłoki jego matki z Sugint na Litwie do Wilna i by przy pogrzebie oddano jej honory wojskowe. „Matka mnie do tej roli, jaka mnie wypadła, chowała”. Na nagrobku Matki ma być wyryty wiersz z „Wacława” Słowackiego, zaczynający się słowami: „Dumi nieszczęściem nie mogą...”, i dodał: „Mama mi kazała to po kilka razy czytać”. Żadnego innego testamentu Piłsudski nie zostawił. I zapewne słusznie. Sprawy majątkowe były proste, Sulejówek był własnością Marszałkowej, Pikieliszki były wspólne i podlegały normalnemu procesowi spadkowemu, ruchomości były minimalne, kapitałów żadnych. Wiedział, że o żyjącą rodzinę zatroszczą się przyjaciele. Pamięć zaś o Matce spadała na syna i to musiał sam załatwić. Scheda miała przejść na córki. Wybuch wojny w 1939 przesądził o losie Pikieliszek. Pikieliszki w czasach późniejszych i obecnie W 1940 roku władze litewskie dokonały kolejnej reformy rolnej, w której wyniku większość polskich dworów, bądź resztówek rozparcelowano. Majętność Piłsudskich w Pikieliszkach jednak pozostała nie tknięta (135 ha ziemi – odnotowują litewskie źródła encyklopedyczne). W czasach sowieckich budynek dworski był siedzibą administracji kołchozu. Obecnie ładnie odremontowany dworek należy do samorządu rejonu wileńskiego. Okresowo, z okazji ważniejszych świąt, organizuje się tu okolicznościowe imprezy, przeważnie polskie. Dwór otaczają resztki parku nad jeziorem Żełosy. Latem organizuje się tu masowe imprezy w plenerze. Opowieść ostatniego przy „drugim śniadaniu” „Piłsudski bardzo kochał Pikieliszki. On stąd nigdzie nie chciał wyjeżdżać. Dobrze się tu czuł, szczęśliwym był, ptaszki mu śpiewały, drzewa szumiały” (z opowieści przewodniczki z Wilna; przywiozła tu blisko 40-osobową wycieczkę z Polski). Bezpośrednich świadków „tamtych Pikieliszek” czas przeniosł w zaświaty. Jedynym tu mieszkańcem, który pamiętał Marszałka, był Julian Butkiewicz. Odwiedzałam go w Pikieliszkach w 1996 roku. Miał naonczas 106 lat – „to według dokumentów” - mówił. Bo miał tych lat więcej, ale jeszcze w czasach carskich – „odmłodził się”, by nie zabrali go do wojska. Juliana Butkiewicza zastałam w domu, w towarzystwie sąsiada, „przy drugim śniadaniu”, jak oznajmił. Gościnny był, zapraszał do stołu: słonina, ogórek, ser i butelka krzakówki. Pije pan? Kto pije, ten długo żyje – odparował, - a nasza samogonka na sto dwa, swojej roboty, nieszkodliwa, prosimy... Czy spotykał się tu pan z Piłsudskim? A jakże. Ale nie za często. Pilnowali go tu, oj pilnowali. On, Piłsudski, i sam o tym nie wiedział, ilu ich tu w krzakach siedziało. Jak tylko ktoś do dworu się zbliżał, to oni z tych krzaków jak giętkie koty wyskakiwali – a dokąd to, a na co, a po co?... Ale raz – drugi udało się z nim pogadać. Pytał się, czy kartofla dobrze obrodziła, znał się na gospodarstwie. Prosty był człowiek, ale widać wielki pan. Dużo tu wojskowych i w cywilu do niego przejeżdżało, sznurem jechali... Córki jego tu biegały. Ładne dziewczynki, nic nie powiesz, i ta starsza – Wandzia, i ta młodsza – Jagódka. Ale żonka jego to haniebnie nie piękna była. Mówili, że on dużo innych kobiet miał, ale żonka jego do nich nie dopuszczała. Oj, bieda te żonki... Moja żonka? Brońcia! A! Chwała Bogu, to już 47 lat jak ona umarłszy. Ożenić się drugi raz? A czy to wiesz na kogo trafisz? Alwida Antonina Bajor |
